Niedzielny poranek wielkanocny ma w sobie coś, czego nie da się pomylić z żadnym innym dniem w roku. Kiedy wychodzimy z domu na rezurekcję, świat wokół wydaje się jeszcze uśpiony, ale w powietrzu czuć już to specyficzne drżenie – radosne oczekiwanie, które zaraz wybuchnie pełnym głosem.
Dla nas rezurekcja to nie tylko uroczysta procesja przy dźwiękach dzwonów. To przede wszystkim ten moment, gdy po mroku Wielkiego Piątku i ciszy Wielkiej Soboty, nagle uświadamiamy sobie: „To prawda. On naprawdę żyje”. To osobiste spotkanie z nadzieją, że żadna ciemność, żaden smutek ani nawet śmierć nie mają ostatniego słowa.
W tym wczesnym słońcu, które przebija się przez okna kościoła, widzimy obietnicę nowego początku. Zmartwychwstanie to dla nas sygnał, że my też możemy „powstać” – z naszych własnych słabości, zniechęcenia czy lęku. To czas, by zostawić za sobą wszystko, co było ciężkie, i z czystym sercem powiedzieć bliskim: „Wesołego Alleluja!”. Bo dzisiaj radość jest jedynym wyborem.









































































